Aktualności
Do pobrania
Czytelnia
Wyniki sondaży
Archiwum
Linki
Mapa strony
Klauzule RODO

 

-----------------------
TOLLE ET LEGE
Książki warte Twojego czasu
http://www.tolle.pl
------------------------

 

Domy dziecka nie dla dzieci
Rozmowa z prof. Kevinem Browne'em, dyrektorem Centrum Psychologii Rodzinnej i Sądowej na Uniwersytecie w Birmingham, o tym, dlaczego nie powinno się umieszczać dzieci w domach dziecka i jak przekonać o tym władze

Domy dziecka nie są dla dzieci

 

Tygodnik POLITYKA  Ewa Winnicka 25 czerwca 2007

 

Rozmowa z prof. Kevinem Browne\'em, dyrektorem Centrum Psychologii Rodzinnej i Sądowej na Uniwersytecie w Birmingham, o tym, dlaczego nie powinno się umieszczać dzieci w domach dziecka i jak przekonać o tym władze

 

Ewa Winnicka: - Jest pan zaangażowany w upowszechnianie rodzinnej opieki zastępczej dla małych dzieci, które nie mogą dorastać we własnych domach. Przez ostatnie lata odwiedził pan domy małego dziecka w 32 krajach europejskich. Gdzie dzieciom jest najtrudniej żyć?

 

Kevin Browne: - Na Bałkanach. Tam do domów dziecka oddawane są niemal wszystkie dzieci niepełnosprawne. Placówki są przepełnione (...) dzieci szybko rozumieją, że krzykiem nie zwrócą na siebie uwagi. (...) zaczynają się drapać, aż do krwi, bo jeśli będą poranione, to ktoś się nimi zajmie (...) Ale (...) dziecko, które się samookalecza, krępowane jest kaftanem bezpieczeństwa i uwalniane tylko na czas zmieniania pieluchy. Widziałem całe sale skrępowanych dzieci i dziewczynkę, która przeżyła w ten sposób 12 lat. Kiedy przestano ją wiązać - nie umiała się poruszać. (...) Po dwóch latach nauczyła się przemieszczać na pupie. (...) To było w Belgradzie (...) W innym mieście w Serbii wszedłem do sali, gdzie leżało 30 fizycznie zdrowych dzieci poniżej pierwszego roku życia. Cisza jak makiem zasiał. Jeśli masz dzieci i wiesz, jak zachowują się w tym wieku, to taka cisza jest przerażająca. Człowiek widzi 30 przegranych malutkich ludzi, którzy właśnie się poddali, już nawet nie walczą o uwagę.  (...)

 

E.W.: Pan napisał, że dzieci umieszczane w instytucjach po prostu przestają rosnąć. A nawet, że odmawiają dorastania.

 

K.B.: (...) O zaburzeniach wzrostu u dzieci badacze wiedzieli już od końca lat 60., tyle że początkowo wiązano je raczej z przemocą wobec dzieci albo zaniedbaniem. Obecnie wiemy też, że dorastanie w placówkach ma znaczny wpływ na rozwój mózgu człowieka.

 

E.W.: Kiedy ta wiedza, że dziecko nie powinno wychowywać się w instytucji, zaczęła robić wrażenie na decydentach?

 

K.B.: Pierwsze naukowe artykuły na ten temat zaczęły pojawiać się pod koniec lat 50. Ale już po wojnie, kiedy liczba sierot drastycznie wzrosła, w Austrii wymyślono SOS Wioski Dziecięce. Zatrudniano kobiety, często wdowy, do opieki nad dziećmi. Budowano im dom, do którego wprowadzały się razem ze swoimi dziećmi i na przykład piątką sierot. Państwo płaciło im pensje. Ta forma była po wojnie rewolucyjna, istnieje do dziś, choć dziś oczywiście wiemy, że dzieciom w rodzinie potrzebny jest także ojciec. W Wielkiej Brytanii zdobywaliśmy doświadczenie, kiedy w czasie wojny postanowiono, by z wielkich miast zagrożonych bombardowaniem wywieźć wszystkie dzieci. Także te z sierocińców. Na czas wojny umieszczono je na wsi w farmerskich rodzinach. To był pierwszy eksperyment na wielką skalę. Losy tych dzieci monitorowały służby socjalne.

 

E.W. Jaki był wynik eksperymentu?

 

K.B.: Okazało się, że dzieci z sierocińców miały duże problemy z aklimatyzacją w rodzinach, źle się zachowywały, powiedzielibyśmy: były aspołeczne. Te wychowywane przez rodziców nie miały takich problemów. To sprowokowało dalsze badania, które dowiodły, jak bardzo instytucja może uszkodzić dziecko. Jak bardzo implikuje przyszłe nieumiejętności społeczne, skłonność do konfliktów z prawem, przedwczesne macierzyństwo, agresję wobec własnego dziecka. Myślę, że w latach 70. zrozumieliśmy, że dziecko musi mieć rodzinę, a kluczowy jest czas do trzeciego roku życia. Położyliśmy wielki nacisk polityczny na rozwój rodzinnej opieki zastępczej. Organizacje dobroczynne, które od lat prowadziły sierocińce, zaczęły je zamykać.

(...)

Teraz żadne małe dziecko w Wielkiej Brytanii nie trafia do domu dziecka, ponieważ nie mamy takich placówek. Małe dzieci wychowują się w rodzinach zastępczych. Instytucje oczywiście istnieją - są przeznaczone dla starszych, bardzo zaburzonych dzieci. Tych, które popełniają przestępstwa, zagrażają sobie albo innym. W Europie sierocińce dla małych dzieci zlikwidowano też w Islandii, Norwegii, ale i w Słowenii.

 

E.W. W Polsce w sierocińcach przebywa co trzecie dziecko do trzech lat spośród tych, które z jakichś powodów nie mogą rosnąć we własnej rodzinie. To dużo?

 

K.B.: To dużo, ale nie jesteście najgorsi wśród krajów objętych programem Daphne. Czesi osadzają w placówkach aż 90 proc. swoich małych sierot (...) Podobnie Francuzi, stara demokracja europejska.

 

E.W. Jakie są przyczyny, dla których państwowy system pomocy społecznej obstaje przy domach dla małych dzieci?

 

K.B.: To w dużej mierze wynika z tradycji i przyzwyczajenia. Nie chciałbym negować całej tradycji wychowywania dzieci, to jasne. (...)Ale mamy też bardzo złe tradycje, jak przekonanie, że sierotą społeczną najlepiej zajmie się państwo, co wpojono społeczeństwu w bloku sowieckim.

 

E.W. A Francja?

 

K.B.: Tam rodzin zastępczych jest za mało, a patologicznych za dużo. Ale dzieci nigdy nie tkwią w instytucjach tak długo jak dzieci we wschodniej i w centralnej Europie. Prawdziwym problemem na Słowacji, w Czechach czy Rumunii jest fakt, że co trzecie dziecko trafia do placówki, ponieważ jest niepełnosprawne. To się na Zachodzie zdarza bardzo rzadko. (...)

[W Czechach]  (...) wyrobiono ... uprzedzenia dotyczące wychowywania niepełnosprawnych dzieci. Ludzie boją się, że spadnie dramatycznie jakość ich życia albo że nie będą potrafili właściwie zająć się dzieckiem, leczyć go lub rehabilitować. I rodzice mają rację. System nie daje im wystarczającego wsparcia, wręcz przeciwnie.

W Wielkiej Brytanii jest inaczej. Dla niepełnosprawnych dzieci wymagających rehabilitacji mamy dzienne ośrodki terapeutyczne. Dziecko jest do niego dowożone i odwożone po południu do rodziców. To jest zresztą mój argument w rozmowach z urzędnikami w krajach europejskich. Dlaczego dziecko ma spędzić w domu dziecka całe życie, jeśli jego terapia trwa godzinę dziennie?

 

E.W. Jak rozmawiać z urzędnikami, którzy swoje posady w domach dziecka piastują od 25 lat i trudno im teraz zanegować sens wszystkiego, co robili. Jak przekonać polityka, żeby zajął się czymś, co nie przełoży się na jego wynik w najbliższych wyborach?

 

K.B.:  Z mojej perspektywy w Polsce jesteście na dobrej drodze. (...) Podpisaliście konwencję praw dziecka, według której podstawowym prawem jest wychowanie w rodzinie. Teraz trzeba pilnować, żeby tę konwencję realizować. I żeby konieczność zmian była powszechnie akceptowana.

 

E.W. Chorwacki UNICEF zrobił kampanię bill-boardową pod hasłem "Dom dziecka to nie jest dom". Na plakacie były dzieci w więziennych ubrankach za szczeblami swoich łóżek. I podpis: Nic złego nie zrobiłem.

Z politykami jest problem, bo z natury są niezwykle krótkowzroczni. Wiemy, że opieka instytucjonalna nad małym dzieckiem jest minimum dwa razy droższa od opieki w rodzinie zastępczej, trzy razy więcej kosztuje w instytucji dziecko niepełnosprawne. Stopniowe likwidowanie domów dziecka byłoby zbawienne dla budżetu. W Polsce ta kalkulacja nie robiła dotąd na decydentach specjalnego wrażenia.

 

K.B.:  Politycy, jak sądzę, boją się okresu przejściowego. Przez krótki czas trzeba będzie utrzymywać i opiekę rodzinną, i dom dziecka. No, ale potem zamknie się przecież te wielkie domy. (...)

 

E.W  Od czego należałoby zacząć działania w Polsce?

 

K.B.:  Na pewno konieczne jest przyspieszenie działania sądów rodzinnych i zobligowanie ich do wydawania opinii na podstawie wszystkich profesjonalnych źródeł wiedzy o dziecku. (...) Zwykle jeśli sędziowie widzą bardzo małe dziecko, to myślą, że może ono poczekać w instytucji na rodzica, bo ma jeszcze czas. Jest dokładnie na odwrót!

 

E.W  Kiedy rozmawia się z pracownikami placówek, to oni zazwyczaj są sceptyczni wobec rodzin zastępczych. Uważają, że celem rodziców zastępczych jest bardzo często chęć zarobienia pieniędzy, a nie miłość do dziecka. Że traktują te dzieci instrumentalnie, jako źródło dochodu.

 

K.B.:  To oczywista hipokryzja. Połowa pracowników instytucji nie ma żadnego kontaktu z dziećmi: ogrodnicy, kucharze, palacze, złote rączki. Czy oni czasem nie traktują dzieci instrumentalnie? Rodzice zastępczy trwają przy dziecku 24 godziny na dobę.

 

E.W  Inny argument sceptyków to trudna materia wychowawcza, której tylko specjalista może podołać, a nie entuzjasta z dobrym sercem. Słyszałam wiele relacji młodych rodziców zastępczych, którzy mimo dobrych chęci nie dali sobie rady. Musieli odesłać dzieci, dla których był to kolejny cios w życiu.

 

K.B.:  Bycie rodzicem zastępczym to nie jest sprawa dobrego serca albo rozczulenia się nad losem dziecka. To jest praca, taka jak pracownika socjalnego, nauczyciela czy terapeuty. Trzeba mieć przygotowanie zawodowe, trzeba tę pracę bardzo lubić, ale nikt nie może oczekiwać, że będzie wykonywana za darmo. Dzieci potrzebują bezwarunkowej miłości. Ale w pewnym momencie, jeśli zbyt długo przebywały w domu dziecka, nie są w stanie jej przyjąć. Testują swoją nową rodzinę. Jedyne, z czym potrafią sobie dać radę, to odrzucenie. Jedyne, czego nie doświadczały, to akceptacja. Czułość je wyprowadza z równowagi, burzy ich hierarchię wartości. Rodzice zastępczy muszą wiedzieć, że dziecko na początku im nie wierzy. Sprawdza: co jeszcze muszę zrobić, jak zły muszę być, zanim mnie znów odrzucą.

 

E.W  W Polsce władze postrzegają rodziców zastępczych trochę jak długoterminowych baby sitterów, nie jak profesjonalistów.

 

K.B.:  Gdyby państwo uznało rodzicielstwo zastępcze za profesję, można by rodziców zastępczych wyspecjalizować. Ci z doświadczeniem terapeutycznym, odpowiedni dla dzieci starszych, zaburzonych, zarabialiby więcej, podobnie ci z wielkich miast, gdzie życie jest droższe. Oddzielną kategorię stworzyliby opiekunowie prowadzący pogotowia, do których w środku nocy może trafić dziecko z traumą: pobite przez rodzica albo gdy rodzice zginęli w wypadku. Tacy ludzie siedzą z dzieckiem, przytulają je całą noc.

 

E.W  To brzmi trochę jak bajka.

 

K.B.:  To nie bajka, tak dzieje się w Wielkiej Brytanii. Owszem, pracowaliśmy nad tym kilka dziesięcioleci.

 

E.W  Mimo niżu demograficznego w Polsce do placówek trafia co rok 5 tys. dzieci. To może znaczyć, że rodzice w naszym kraju są coraz mniej wydolni. Czy to powszechny europejski problem, czy specyfika polska?

 

K.B Problem jest dość złożony. Jeśli przyjrzymy się sytuacji społecznej, zwłaszcza w wielkich angielskich miastach, to zobaczymy, że wzrasta tam uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Oczywiście, narkomani i alkoholicy nie potrafią zająć się dziećmi. Jednak oni mają coraz mniej dzieci.

 

E.W  Wydaje się, że to właśnie alkohol nie sprzyja kontroli urodzeń.

 

K.B Takie rodziny szybko przestają móc mieć dzieci, ciąże są przerywane albo dzieci rodzą się bardzo chore. Jednak z mojej perspektywy istnienie przepełnionego domu dziecka nie może być usprawiedliwiane niekorzystnymi zmianami społecznymi. W Wielkiej Brytanii oprócz problemów z narkotykami i alkoholem mamy najwyższy w Europie odsetek nastoletnich matek, bo edukacja seksualna jest na zbyt niskim poziomie. A mimo to żaden niemowlak nie wychowuje się w instytucji. Często natomiast do rodziny zastępczej trafia nastoletnia matka z dzieckiem.

To jest kwestia filozofii, jaką wyznaje państwo, a nie wad społecznych, jakie produkuje nowoczesny kapitalizm. Oczywiście, wady są różne w poszczególnych państwach.

 

E.W  Zaczynamy w Polsce debatować o zmianie systemu opieki zastępczej dla dzieci pozbawionych rodzin, natomiast dyskusja o tym, jak wybronić dziecko przed koniecznością odejścia z rodziny, nie istnieje. Nie ma zintegrowanego systemu pomocy rodzinie zagrożonej patologią. Jak wygląda taka praca z rodziną w Wielkiej Brytanii?

 

K.B W latach 40. zaczerpnęliśmy z sowieckiego systemu, który do każdej położnicy wysyłał siostrę społeczną, żeby pouczyła o podstawowych zasadach opieki nad dzieckiem. Teraz zmodyfikowaliśmy jej rolę. Pracownik społeczny odwiedza rodzinę i pyta wprost o ewentualne problemy. Okazało się bowiem, że na te proste, szczegółowe pytania matki udzielają bardzo szczerych odpowiedzi. Mają też pewność, że rolą pracownika społecznego nie jest meldowanie policji o ich kłopotach. Nie na tym etapie.

 

Pracownik społeczny może zaproponować rodzinie: terapię odwykową, zatrudnienie, ośrodek pobytowy dla matek zagrożonych przemocą. Jest w takim domu częstym gościem. Radykalne działanie następuje, gdy niewystarczająco wytłumaczono siniaki na ciele dziecka, zwłaszcza gdy matka broni ojca - najczęściej sprawcy pobicia. To oznacza, że zdrowie dziecka jest zagrożone. Wtedy zaczyna się praca z rodzicami. Najpierw walka z nałogiem, potem terapia rodzinna. Najczęściej szacowana na rok. Rodzic pijący zachęcany jest do kontaktów z dzieckiem w okresach trzeźwych. Zawsze jednak rodzic, który ma problemy i świadomość tych problemów, może liczyć na pomoc.

 

E.W  W Polsce świadome matki w trudnej sytuacji życiowej zostawiają dzieci w szpitalu, ponieważ sądzą, że tylko w ten sposób dadzą im szansę na dobre życie.

 

K.B To prawda, to jest problem Europy Wschodniej i Środkowej. Jedna trzecia małych pensjonariuszy w domach małego dziecka to dzieciaki opuszczone przez rodziców. W Anglii tylko 6 proc. Opuszczenie dziecka to przestępstwo zagrożone karą do pięciu lat. Szpital natychmiast zgłasza taki przypadek na policję.

 

E.W  Polskie dzieci zaczyna też dotykać problem sieroctwa spowodowanego emigracją.

 

K.B Dobrze, że pani o tym wspomina. To zupełnie nowy, lekceważony przez zjednoczoną Europę efekt uboczny otwartych rynków pracy. Będzie miał w przyszłości kolosalnie destabilizujący wpływ na rodzinę. Na mniejszą skalę mieliśmy takie zjawisko w Wielkiej Brytanii, gdy przyjeżdżali do nas Irlandczycy.

 

E.W  Porzucanie dziecka z przyczyn ekonomicznych przed wyjazdem jest o tyle absurdalne, że na Wyspach opieka socjalna dla rodziców z dziećmi stoi na znacznie wyższym poziomie. Dziecko, o ile człowiek ma pracę, nie jest kulą u zawodowej nogi: są żłobki, przedszkola, dopłaty na dziecko.

 

K.B  To prawda. Ja uważam, że rodzice robią tak, ponieważ w powszechnej percepcji dom dziecka nie wydaje się im niczym złym. Jest państwową stabilną instytucją, a lata totalitaryzmu wyrobiły w rodzicach przekonanie, że rolą państwa jest zdejmowanie z człowieka odpowiedzialności.

 

Rodzice wolą nawet zostawić dziecko w placówce niż u kogoś bliskiego. Wydaje im się, że kochają dzieci, są więc zazdrośni o ich uczucia. Kombinują: do mojej siostry mogą się przywiązać, a dom dziecka jest neutralny - tam dzieci nikogo nie pokochają. Prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy, jak wyniszczająca dla ich dzieci jest taka logika.

 

K.B  To wydaje się niewyobrażalne.

 

Mityczne wyprawy po złote runo to część naszej tradycji. Jeśli jesteś biedny i nie możesz nakarmić swoich dzieci, to czujesz się tak strasznie źle, że role społeczne, które pełnisz, przestają być istotne. W tym rola rodzica.

 

E.W  Najczęściej ważna zaczyna być wódka.

Człowiek zapada się albo mobilizuje i rusza na łowy za morze.

 

K.B  Dokładnie. Powtarzam studentom, którzy załamują ręce nad sytuacją sierot społecznych, żeby spojrzeli na historię społeczną z szerszej perspektywy.

Jeszcze 150 lat temu obywatele w Londynie mieli zwyczaj traktować sieroty jak podludzi, jak tanią siłę roboczą w najlepszym wypadku. Sieroty były małe, więc nadawały się do czyszczenia kominów. Sierocińce można było uważać za instytucje nowoczesne, ponieważ ratowały życie dzieci. Dziś, kiedy czytamy "Oliwiera Twista", to nie możemy uwierzyć, że dorośli byli tak okrutni. Za kilkadziesiąt lat ludzie nie będą mogli zrozumieć, że w ogóle ktoś miał pomysł, by osadzić dziecko w placówce. Mam nadzieję, że tak będzie.

 

Cały wywiad ze strony Misji Nadziei: http://www.misjanadziei.org.pl/artykuly/kevin.htm
Dodaj komentarz, wszystkich (0):

 

 

Jesteś gościem na naszej stronie, aktualnie gości online 


Pozycjonowanie tej strony zapewnia Top Solutions.


Mapa strony